2016/09/23

Kraina mgieł

Piątek wieczór, mój mąż próbuje pakować się na zawody, gdy nasz starszy syn intensywnie przeszkadza mu w tym pomagając. Sprawdza, czy bidony da się wyciumkać, czy kije dobrze się rozkładają i czy tatowe buty są już na niego dobre. Ostatecznie wszystko się udaje i synchronicznie padamy spać w wyjątkowo wygodnym łóżku od pani Lucynki z Koko Ryku - naszym tymczasowym domu na mini wakacjach. Tuż przed świtem obserwuję jak mąż wyślizguje się dyskretnie z pokoju, a ja pilnuję każdego mięśnia, by przypadkiem nie drgnął i nie obudził w tym momencie, któregoś z juniorów, bo nie chcę zaczynać z nimi dnia o 6. Z napięciem nasłuchuję jakiegokolwiek dźwięku, który potwierdziłby przybycie zamówionej dzień wcześniej taksówki. W końcu, punktualnie, szczekanie wiejskich psów zapowiada sukces. Dojedzie, stanie na starcie. Zasypiam i łapię jeszcze ostatnią godzinę ciszy przed burzą.

Wiele godzin później z ogromnym wzruszeniem i dumą widzę ojca moich dzieci na ostatniej prostej do mety. Przemoczony, potłuczony, zmęczony jak cholera. Szczęśliwy. Ukończenie dystansu ponad 50km po górach to dla mnie wyczyn ponad siły przeciętnego człowieka. Cieszę się, że moi synowie mają taki wzór do naśladowania. Cieszę się, że mają ojca wojownika.

To był intensywny, dobry, choć chwilami ciężki, czas w doskonałym towarzystwie ludzi, którzy rozumieją, wspierają i dodają otuchy nie tylko uśmiechem, ale i gestem. Dziękuję.













































miejsce: Bieganów - Agroturystyka Koko Ryku / Radków - zawody Garmin Ultra Race

2016/08/31

Cyrk

W głowie szukam początku dla potoku myśli, które przelewają się między obowiązkami. Przed oczami staje mi zapłakana małolata w dziecięcym pokoiku dwa-na-dwa metry z tapetą w klauny i trąbki. Ma trochę ubrań, książkę, materac do spania i lęk przed współlokatorami, którzy wpasowują się w stereotypy o Polakach za granicą. Płacze za domem, normalnym jedzeniem i tak ogólnie - w poczuciu beznadziei. Powiedziała, że rzuca studia i ku przerażeniu zatroskanej matki postanawia wyjechać, żeby zarobić na swój pierwszy aparat. Chodzi więc codziennie do tej cholernej fabryki plastiku i wtapia gwinty, w cholernej blaszanej hali bez klimatyzacji, w cholernie upalne lato. Bardzo nie lubi swojej ówczesnej codzienności i aby dać upust swojej frustracji, robi schizofreniczne autoportrety i krótki reportaż o autystycznym chłopcu z sąsiedztwa i jego siostrze z wiecznie smutnymi oczami.

Te kilka zdjęć to był na tamten moment cały mój świat. Fotomontaże zrobione sprzętem gorszej jakości niż aparat w obecnym telefonie. Ale to byłam ja, cała popaprana ja. Przelałam swoje emocje najlepiej jak umiałam i - o zgrozo - postanowiłam poddać je wirtualnej ocenie. Niewielu zrozumiało. Lata na portalach dla młodych artystów, gdzie fachowcy przekrzykują się krytyką i dobrymi radami dały mi tylko tyle, że po jakimś czasie nauczyłam się ignorować jedno i drugie. Na całe szczęście trafiłam na dobrych ludzi, którzy pomogli mi skupić się na tym, że to co robię jest moje. Nikt inny nie był ze mną w tym cholernym pokoju w klauny.

Dziś jestem w dobrym miejscu. Odporna, pewniejsza, ze zdecydowanie lepszą tapetą w sypialni. Widzę jednak jak wiele osób jest jeszcze tam gdzie ja byłam parę lat temu. Piszę więc tę bardzo głęboką myśl, która niech się niesie i rozbrzmiewa w głowie, gdy przyjdzie kolejny kryzys:

Olej i rób swoje.

Circus, 2006r.

2016/08/08

Poniedziałek

Poniedziałek nie jest ciężki, kiedy wstaniesz lewą nogą. Poniedziałek jest ciężki jak twoje dziecko wstanie lewą nogą, a drugie nie musi wstawać, bo w sumie wcale się nie kładło. Po raz setny próbujesz prośbą i logicznymi argumentami nakłonić małego człowieka z wielkim charakterem do współpracy, aż w końcu podniesionym głosem rzucasz tekst, którego nie znajdziesz w podręczniku o rodzicielstwie bliskości. Drugie zaczyna płakać, pierwsze krzyczeć, żeby pierwsze płakać przestało. Puszczają ci nerwy. Jak najszybciej próbujesz zebrać dwie potrzebujące twojej uwagi istoty i dotrwać do placu zabaw. Próbując zmieścić się w za wąskiej klatce schodowej z fotelikiem i traktorem w jednej ręce i samodzielnie dreptającym dzieckiem w drugiej, bo przecież też musi cię trzymać za rękę, obdrapujesz sobie nogi, nic nie widzisz przez włosy zasłaniające oczy i nie wiesz czym łapać spadające spodnie, bo fotelik odpiął ci w nich marny guzik. Minęła godzina, zostało zaledwie 7 do powrotu taty. Wytrzymasz, musisz wytrzymać.

Ta opowieść mogłaby się rozwinąć o dziesiątki kolejnych małych powodów mojego bólu głowy, ale nie temu chcę poświęcić swój czas. Wspomniałam o tym tylko dlatego, dlaczego ja sama potrzebuję czasem usłyszeć rozwrzeszczane dziecko sąsiadki, czy koleżankę mówiącą, że ma ochotę wyskoczyć przez okno. Żeby wiedzieć, że TAK jest. Że inni też mają czasem do dupy dzień, że ich dzieci też są ludźmi, że mają potrzeby, którym nie zawsze jest w stanie się w pełni sprostać. Że jestem tylko człowiekiem i mam prawo zamknąć się w łazience i żałośnie rozryczeć skulona gdzieś pod wanną.

Ponieważ, gdzieś pomiędzy słowami tej opowieści, której efektem miała być chęć wyskoczenia przez okno, moja koleżanka podnosi swojego syna, całuje obtarte kolana, daje mu pić, jeść, przytula, głaszcze, bawi się z nim w berka, poprawia czapkę, smaruje kremem do opalania, dmucha na palce, które szczypią, robi babkę z piasku, wspiera w próbie wspinaczki, uczy odwagi i kocha go do szaleństwa. I ja TEŻ tak mam.

Nie jestem idealna, ale cholernie staram się być dobra.


2016/07/24

Coś

Coś iskrzy w powietrzu, coś krzyczy z wiatrem, coś drażni skórę na karku. Niepokój błądzi na ślepo popychany przeczuciem. I wiesz, że będzie dobrze, choć czasem jest źle aż boli. I drżą mi te cholerne ręce z bezradności, bo nie mogą oprzeć się na Jej ramionach.

Coś wytrąca telefon z ręki i sprawia, że łapiąc go, niechcący dzwonisz do Niej, choć nie rozmawiałyście od tygodni. Właśnie wtedy, gdy potrzebuje cię bardzo. Coś nas strzeże, Siostrzyczko.

Bo choć mnie nie widać, ja jestem.


fot. Justynka